Karl Rahner: O możliwości wiary dzisiaj

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma między tymi rzeczywistościami nic wspólnego. Przeciwnie, są one powiązane, już choćby dlatego, że każdy z nas będzie odpowiadał przed sądem wieczności za to, jak wypełnił swe bardzo ziemskie zadania i powołanie, a przede wszystkim, że człowiek świecki wtedy tylko jest dobrym chrześcijaninem, gdy kocha świat, ludzi i historię, a w jej głosie słyszy głos Boga, stworzyciela nieba i ziemi. s. 34-35

Drugi punkt wstępny jest taki: Msza nie jest całym chrześcijaństwem. We wszystkich epokach, a szczególnie dziś, są ludzie, którzy pragną mocno jednej i jedynej formuły. W kwestiach religijnych chcą mieć jakąś jedną ideę, jedno rozwiązanie, receptę uniwersalną. Uproszczenia i redukcje do idei i twierdzeń fundamentalnych to rzeczy niewątpliwie dobre. Obok okresów ekspansji i barokowej rozlewności są też zawsze w historii myśli religijnej okresy intelektualnej koncentracji, okresy redukcji, prostoty, klasycyzmu, linii czystych i klarownych. Nie wolno jednak przesadzać. Szczególnie w kwestiach religii i chrześcijaństwa. Ani nabożeństwo do Najświętszego Serca, ani nabożeństwo do Matki Bożej czy Ducha Świętego, ani też Msza nie może być prostą formułą podstawową czy jedyną zasadą organizującą całość życia religijnego. Nawet Msza, powtórzmy, nie może tym być. To prawda, że stanowi ona centralne misterium chrześcijańskiej egzystencji. Nie trzeba tu szczegółowo wyjaśniać, dlaczego tak jest. Musimy się jednak zastanowić nad sprawą następującą: ofiara kultu i sakrament istnieją w pierwszym rzędzie (in recto) w wymiarze znaku, czyli ekspresji, namacalności w porządku społecznym i historycznym. Są one w pierwszym rzędzie znakiem rzeczy, a nie samą rzeczą centralną. Zawierają istotnie to, co oznaczają: Chrystusa, Jego łaskę, przymierze, zgładzenie grzechów, życie wieczne, pełnię chwały. Ale to, co oznaczają nie jest dane tylko pod tym jedynym znakiem. s. 109

Skoro Bóg jest wszystkim we wszystkich, skoro chce scalić wszystko w swoim królestwie i w swej łasce, skoro nie istnieje żadna wiążąca zasada co do sposobu, w jaki "musi" w praktyce dokonywać w ludziach zasadniczych aktów miłosierdzia i uświęcania swą łaską - to nie wolno nam postępować tak jakby Msza była absolutnym i jednoznacznym punktem centralnym życia religijnego, z którego wszystko ma pochodzić i do którego wszystko ma się sprowadzać. Jedynym punktem centralnym jest Bóg. I to centrum jest wszędzie. Nie można co prawda zaprzeczyć, że sam Bóg właśnie ustanowił dla nas, istot skończonych, pewne punkty ogniskujące i ośrodki ciężkości i że winniśmy się ich trzymać. To jednak, że centrum jest wszędzie, nie implikuje wcale jakiegoś absolutnie bezładnego chaosu w naszej egzystencji chrześcijańskiej. I wzgląd na to powinien być dla nas ostrzeżeniem przed wpadaniem w monomanię religijną. s. 111

Standardowy typ chrześcijanina (konieczny i nieunikniony przy nauczaniu masowym) musi dziś, bardziej jeszcze niż w dawnych czasach, stawiać Mszę na miejscu centralnym i czynić ją z całą powagą istotnym punktem życia religijnego. Jest to konieczne, gdyż w naszych czasach, w których człowiek jest tak udręczony, przeciążony i napięty nerwowo, nie możemy pozwolić sobie na wyprawy na peryferie ludzkości w poszukiwaniu boskiej pełni, która - sama w sobie - może być znaleziona wszędzie i która istotnie była łatwiej znajdowana wszędzie w dawnych czasach niż teraz. Chociaż jednak jest tak i choć ta prawda jest założeniem, które przyświeca nam w tym, co tu piszemy, to nie możemy przecież być jednostronni, nie możemy wykładać religii tak, jakby młody chrześcijanin mógł w swoim życiu liczyć tylko i wyłącznie na korzystanie ze Mszy świętej i poza nią nie mógł niczego otrzymać. Nie możemy w sposób zobowiązujący wyprowadzać wszystkiego ze Mszy i sprowadzać wszystkiego do Mszy. s. 113-114

Wychowanie do Mszy i ołtarza nie może być po prostu wdrażaniem w to, co dotyczy kultu i wspólnoty. Nauka liturgii jest częścią chrześcijańskiego wychowania i formacji chrześcijańskiej, która z kolei wymaga przede wszystkim wychowania do modlitwy osobistej, samozaparcia, obowiązków życia, milczącej ofiary, do przyjmowania bez uników - jako samotna istota ludzka - osobistej i nieprzekazywalnej odpowiedzialności. Wymaga, krótko mówiąc, wychowania do całokształtu chrześcijańskiego życia i chrześcijańskiej śmierci. Tylko tam, gdzie istnieje takie wychowanie, istnieć może jakieś realne wychowanie do Mszy świętej. tylko wtedy bowiem i o tyle tylko, o ile wychowanie chrześcijańskie odnosi sukcesy, mamy do czynienia z osobą, która jest zdolna dokonywać sama sakramentalnie tego, co jest czynione pod znakiem kultu, jedynie po to, by było czynione lepiej w samym życiu i po to, by to, co jest czynione w życiu, mogło mieć w kulcie swą historyczno-sakramentalną namacalność i ucieleśnienie. Innymi słowy - jeśli "res sacramenti" nie odbywa się w życiu osoby, jeśli nie nastawiamy w tym kierunku całego wychowania chrześcijańskiego, to samo "sacramentum" Mszy będzie daremne i nie pociągnie za sobą przyswojenia jego "res". Jeśli przyjście Pana, Jego nieustannie obecna paruzja, Jego życie i śmierć nie są celebrowane w samym życiu osoby, ich celebracja kultowa nie ma sensu. s. 116-117

Niemądry frazes, tak często spotykany, o tym, że lepiej chwali się Boga pod kopułą nieba niż na kościelnej Mszy, ma w sobie jądro prawdy: trzeba być już pobożnym, zanim pójdzie się na Mszę. Nie trzeba rozumieć tego wszystkiego w sensie ekskluzywnym, ale to prawda. Wprowadzenie w osobistą modlitwę, w praktykę medytacji, w sztukę milczenia i w wiele innych podobnych rzeczy - to konieczne lub przynajmniej użyteczne przygotowanie do bardziej intensywnego udziału we Mszy. Jeśli zaś nie potrafimy przez nasze nauczanie zwiększać tej intensywności osobistego udziału, to ludzie pozbawieni w tej dziedzinie socjologicznych "podpórek" i ram, które ma kler, bardzo szybko przestaną rozumieć, po co w ogóle mieliby chodzić na Mszę. s. 118

Gdy ktoś zaleca jakąś metodę czy proponuje wziąć ją pod uwagę, albo też próbuje wyakcentować nową ideę i skłonić do stosowania jej w praktyce, nie należy interpretować tego zaraz jako ataku na inne metody, wysiłki, inną wiedzę, jako ich niedoceniania czy deprecjonowania. Tam, gdzie mówi się w "języku katolickim", każde poszczególne twierdzenie trzeba pojmować pełniej i szerzej, nawet gdy nie jest to powiedziane explicite. Trudno przecież mówić za każdym razem wszystko! Ten więc, kto znosi tylko język, którym sam by się posłużył, i uważa zawsze za przeciwnika człowieka mówiącego rzeczy nieoczekiwane lub nie potwierdzające w pełni jego własnego stanowiska, jest nietolerancyjny, a jego postawie brak ducha katolickiego. Nie można mówić za każdym razem wszystkiego. Ale trzeba się starać słuchać wszystkiego, co jest mówione, i umieszczać twierdzenia szczegółowe w całości, z którą się wiążą i która ma zawsze duży margines dowolności. Żadne jednokierunkowe oświadczenia nie powinny pozwalać ani mówiącemu, ani słuchającemu zapomnieć o pluralizmie ontologicznym i jego konsekwencjach. s. 163-164

Duszpasterstwo odnosi naprawdę decydujący sukces tylko wtedy, gdy chrześcijaństwo dociera dzięki niemu do człowieka w samej jego szczególności, i jest to sukces nie tylko dla osobistego zbawienia tego człowieka, lecz i dla duchowego dobra Kościoła. s. 166

Nawet tam, gdzie istnieje środowisko jednolite chrześcijańskie, trzeba czynić z chrześcijaństwa wartość aż do gruntu osobistą. Nawet bowiem w takim środowisku ("Kościoła mas") wiara przekształcająca serce i miłość Boga rzeczywiście usprawiedliwiająca - to za każdym razem całkiem niebywały, niepowtarzalny cud łaski, który choć urzeczywistnia się na ogół w ramach i za pomocą przyczyn ludzkich, to jednak nie są to przeważnie te same przyczyny, które kształtują środowiska tego rodzaju. s. 167

Jesteśmy tu być może na tropie jednego z powodów, dla których Bóg chciał, aby chrześcijaństwo i Kościół były zawsze zwalczane, aby nie stały się nigdy w historii i w oczach świata czymś bezdyskusyjnym i oczywistym. Gdyby się bowiem stały takimi, to mniejsza liczba ludzi przyjęła by je w sposób wewnętrzny i osobowy, gdyż tam właśnie, gdzie chrześcijaństwo budzi sprzeciw - powstaje możliwość i potrzeba decyzji osobistej. I już to samo powinno być dostatecznym dowodem, że taktyka duszpasterska, która całkiem serio chciałaby oprzeć się tylko na przekształcaniu zewnętrznego środowiska i uznawać tę pośrednią metodę za wystarczającą, jest z gruntu fałszywa. (Naturalnie nie mam nic przeciw stosowaniu także tej metody!) s. 171-172

Niezależnie od wszystkich tych rozważań, mamy wszyscy mnóstwo praktycznych okazji, by się przekonać, że chrześcijanie stają się tym, czym powinni dopiero wówczas, gdy stają się chrześcijanami w swej głębokiej indywidualności, i że przeto należy im dawać pewien margines wolności. Wiadomo na przykład, że jest w Kościele całe mnóstwo nonkonformistów, którzy są tylko krzykaczami, opozycjonistami i rozrabiaczami z temperamentu. Mają to po prostu we krwi. Wystarczy, by coś odzwierciedlało opinię potoczną lub opinię hierarchii kościelnej, a już w ich oczach będzie na pewno fałszywe. Pod tym względem sami są właściwie największymi konformistami. Czy jednak w szeregach oficjalnego Kościoła (w hierarchii i wśród kleru), a także wśród masy wiernych nie istnieje też odchylenie odwrotne: brak zrozumienia dla całego mnóstwa rzeczy? Nie bardzo się toleruje istnienie chrześcijan głoszących poglądy różne od powszechnie przyjętych, choć przecież mają oni prawo dawać wyraz temu, co myślą. Chrześcijanie o własnym stylu życia religijnego bywają więc na przykład określani jako "niekatolicy", albo "katolicy marginesowi". A jak bardzo źle bywa rozumiana formuła "sentire cum Ecclesia"! Zupełnie jakby oznaczała aprobowanie stale, bezwarunkowo i bez zastrzeżeń wszystkiego, co zachodzi w kręgach oficjalnych! Każdy rozsądny katolik przyzna z pewnością, że różnice w poglądach i stylu myślenia między braćmi w wierze są nie tylko faktem, ale też są całkiem uprawnione. s. 182-183

Organowi pośredniemu, który odpowiada naszym wymogom, nadaliśmy tu nazwę bardzo już zużytą, lecz mającą ten plus, że charakteryzuje właściwą naturę tego, co oznacza. Nazwa ta brzmi: "komórka". Nie szukajmy jej socjologicznego znaczenia w dziedzinach organizacji czy biologii. Specyficzną istotę komórki, rozpatrywanej tutaj w związku z Kościołem jako społecznością i w związku z duszpasterstwem, pojmować trzeba w perspektywie wynikającej z naszych rozważań. "Komórka" jest to więc takie spotkanie ludzkie, które odbywa się już w wymiarze społecznym, lecz u którego podstaw jest jednostka z całą swoją szczególnością. Komórka opiera się właśnie na tej jednostce, na jej mocy oddziaływania na innych i przyciągania ich dla wspólnej sprawy, na wartości, którą przedstawia jej "skuteczny przykład". Jest więc grupą ograniczoną liczebnie. Musi dawać pole działania czynnikowi indywidualnemu. Jej działalność przyciągająca odbywa się w planie stosunków osobistych z poszczególnymi ludźmi. Straciłaby swoją naturę, gdyby jej członkowie, jako indywidualności, zaczęli tracić między sobą kontakt. Musi więc liczyć się z całym spokojem z pewną niestabilnością, właściwą grupom tego rodzaju. Jej wzrost liczebny musi być bardzo powolny. Nie może otrzymywać odgórnych rozkazów, ani nie można jej narzucać biurokratycznych form organizacji, ukutych na "wyższych szczeblach". s. 184-185

Zanim przejdziemy do wniosków dotyczących naszych postaw chrześcijańskich, które wyciągnąć należy z sytuacji diaspory (a uważamy ją za cechę narastającą dzisiejszego Kościoła i za konieczność nieodłączną od historii zbawienia), zanalizujmy jeszcze parę elementów tej sytuacji. Postawmy sobie proste pytanie: Co się dzieje, co musi się nieuchronnie dziać, gdy chrześcijanin przeżywać musi swoje chrześcijaństwo w środowisku w większości niechrześcijańskim? Nasuwa się tu samo przez się całe mnóstwo odpowiedzi:
a) Wiara takiego chrześcijanina będzie nieustannie zagrożona z zewnątrz. Jego chrześcijaństwo nie może (lub może tylko w minimalnym stopniu) bazować na strukturach instytucjonalnych, czy to w sensie moralności czy zwyczajów, praw cywilnych czy tradycji, opinii publicznej czy instynktu naśladowczego. Każdy więc musi je sobie przyswoić osobistym wysiłkiem zdobywczym. Minęły czasy, gdy wystarczało po prostu przyjąć chrześcijaństwo od swoich przodków, tak jak przyjmuje się spadek. s. 207-208

c) Kościół diaspory, jeśli zechce być nadal żywą rzeczywistością, będzie Kościołem członków aktywnych. Kościołem ludzi świeckich, którzy będą mieli poczucie, że są zań odpowiedzialni i że nie stanowią tylko obiektu duszpasterskich zabiegów kleru. Tam, gdzie istnieje lub tworzy się Kościół tego typu, możliwość taka powinna być zapewniona laikatowi, i to nie tylko na papierze, lecz w sposób konkretny. Ludziom świeckim powinno się powierzać obowiązki, które podejmowaliby w sposób odpowiedzialny dla dobra Kościoła, lecz powinno się im też nadać prawa podobne do tych, z których korzystali w Kościele pierwotnym. Nie są oni ludźmi, którym wydaje się od czasu do czasu jakieś polecenie i którzy powinni się czuć zaszczyceni tym, że mogą coś zrobić dla hierarchii kościelnej i dla kleru. s. 209

Oto dwie tezy, których mam zamiar bronić:
1. Każdy chrześcijanin jest wszędzie i zawsze apostołem już przez to, że jest chrześcijaninem. Być chrześcijaninem i być apostołem to w gruncie rzeczy to samo.
2. Działalność apostolska jest dostępna każdemu chrześcijaninowi w każdej sytuacji życia, pojętej w jej aspekcie chrześcijańskim. Rzeczą zasadniczą jest właściwe zrozumienie własnej sytuacji. W ten sposób pojęty apostolat pokrywa się więc dokładnie z egzystencjalnymi ramami życia chrześcijańskiego każdego człowieka. s. 250

Apostolat nasz polega więc na świadczeniu chrześcijaństwu w jego aspekcie widzialnym. Tak właśnie Chrystus chciał objawić i objawił swoją łaskę: w formie widzialnego, dotykalnego świadectwa. Ale nie ulega wątpliwości, że aby móc doprowadzać ludzi, których łaska uczyniła nieświadomymi chrześcijanami, do wyznawania chrześcijaństwa widzialnego, trzeba najpierw przezwyciężyć zdecydowanie trudność drugą, o której mówiliśmy. Jest więc rzeczą konieczną, byśmy uświadamiali sobie obowiązek naprawdę intensywnego zaangażowania się w nasze osobiste świadectwo, tak by nie stawało się ono dla nas jakąś "rzeczą", przyjętą by tak rzec "globalnie", bez głębszej refleksji. Musimy je asymilować, musi się ono stawać naprawdę naszym ciałem i krwią, bo inaczej nie potrafimy ani żyć nim publicznie w sposób oczywisty i autentyczny, ani mówić o nim w sposób przekonywający. s. 261

K. Rahner: O możliwości wiary dzisiaj. Kraków 1983.