Auguste Luneau, Marius Bobichon: Kościół ludem Bożym

Wprawdzie Vaticanum II przedstawia Kościół jako lud, ale daleko jeszcze do powszechnej i dostatecznej realizacji tej prawdy w życiu Kościoła. Dopiero wyszliśmy z epoki, w której lud nie miał tu wcale prawa głosu. Nazywano go właśnie "wierną trzódką", a jego pierwszym obowiązkiem było posłuszeństwo "pasterzom". Jak ojciec rodziny był panem swoich domowników - tak samo panem był papież w Kościele, biskup w diecezji, proboszcz w parafii. A wierni, jako dzieci w rodzinie, mieli tylko słuchać. Sobór zdecydowanie skierował Kościół na inną drogę i Kościół próbuje nią iść. s.14

Określenie "lud Boży" ma cały szereg zalet. Można je w sumie sprowadzić do trzech. Podkreśla ono ludzki charakter Kościoła. Nie znaczy to, że jest on w pierwszym rzędzie owocem chceń ludzkich: jest ludem "Bożym". Przymiotnik wskazuje więc na specyficzny charakter tego ludu, na dominującą rolę Bożego wyboru. Kościół to nie tylko jakieś pobożne stowarzyszenie wierzących; został założony przez Boga, jest instytucją Boską. Bóg gra w niej pierwszą rolę: to On wezwał lud do brania udziału w jej życiu. Ale mówiąc o ludzie, dajemy wyraz znaczeniu jego wkładu, jako wkładu zbiorowego. Wskazujemy na współuczestnictwo ludzkości w planie Bożym. Podkreślamy wagę wezwania i równocześnie wagę odpowiedzi na nie. s.166

Wyraża ono także pewną "ciągłość historyczną": punktem odniesienia dla pojęcia ludu Bożego jest Izrael. Kościół odnajduje na tej drodze swoje mesjanistyczne powołanie, swój dynamiczny charakter i swoje doczesne wędrowanie. Nie należy od razu do wieczności, a tym bardziej nie stanowi społeczności ludzi doskonałych, ustalonej pozahistorycznie, w szczęśliwości na zawsze zapewnionej. Przeciwnie, Kościół ma swoje miejsce w świecie rozwijającym się, któremu ukazuje cel wędrówki i uświadamia jego własną siłę: jest to zrealizowanie wokół Ojca wspólnoty ludzkiej, pozostającej pod wpływem Ducha Miłości. Co więcej, Kościół sam bierze udział w wędrowaniu, bo każdy lud jest przede wszystkim istnością wędrującą. s.167

I ostatnia korzyść: to określenie przyznaje "prymat ludowi", to jest wspólnocie ludzi ochrzczonych, umieszczając ją przed hierarchią. Od czasu Kontrreformacji Kościół praktycznie z hierarchią się identyfikował. Ściślej, można by powiedzieć, że istniały jakby dwa rodzaje przynależności do Kościoła: jedna pełna - przynależność duchowieństwa, "ludzi Kościoła", i druga, niejako marginalna, przynależność świeckich, "zwyczajnych wiernych", których pierwszym obowiązkiem było bierne posłuszeństwo. Kiedy mówimy o ludzie Bożym, zwłaszcza dziś, na pierwszym miejscu stawiamy to, co jest wspólne wszystkim, tj. wiarę i chrzest. Przypominamy w ten sposób, że Kościół to nie system feudalny, lecz braterska równość wszystkich w obliczu jednego Pana. s.168

Lud Boży tkwi w świecie, wszczepia się w pierwszą wspólnotę, wspólnotę wszystkich ludzi. Konstytucja duszpasterska - zwróćmy uwagę na ten termin - usiłuje odczytać znaki czasu, to jest wezwania, które Bóg kieruje do Kościoła poprzez otaczający go świat współczesny. Nie chodzi tu już o oderwaną myśl teologiczną; chodzi o zrozumienie wezwań świata, by móc na nie skierować światło Ewangelii. Nie ma już studiów w zamkniętych kręgu - zastępuje je postawa gotowości do dialogu. Konstytucja przypomina równocześnie to, co Kościół daje światu i co od niego dostaje; myśl przechodzi bez ustanku od jednego do drugiego. Precyzuje, że Lud idzie razem ze wszystkimi i dzieli ziemski los świata. "Gaudium et spes" zatrzymuje się specjalnie nad tym punktem, bo stanowi on przedmiot jej rozważań, ale wtórują jej w tym inne także dokumenty. Biskupi, odpowiedzialni za lud Boży, mają zwracać się do wszystkich ludzi, domagając się nawiązania dialogu i sami go wszczynając. Laikat powinien uświadomić sobie swoją podwójną przynależność - do ludu Bożego i do społeczności ludzkiej. s.214-215

Świadectwo Ludu jest jednocześnie "osobiste i wspólnotowe". Osobiste, bo Kościół nie istnieje poza jednostkami, które go tworzą. Mamy wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby zrobić z niego jakąś "całość w sobie", całość idealną, mglistą, super-niebiańską rzeczywistość. Byłoby to powierzchowne i nierealne świadectwo. Chrystusa zwiastują osoby pojedyncze, ale posuwające się w zwartej grupie, nie w tyralierze. s.222-223

Skuteczne zaangażowanie w świat "wymaga nowych struktur kościelnych". Kościół zbudowany został w uzależnieniu od cywilizacji i położenia, które dziś już nie istnieją - musi więc ukazać się światu w nowej postaci. Wystarczy parę przykładów. Czy w mieście, które w niczym nie przypomina wielkiej wsi, gdzie każdy ma rozgałęzione i różnorodne kontakty z ludźmi, może mieć jeszcze jakieś znaczenie obecna parafia, pretendująca do samowystarczalności? Czy diecezje, obejmujące 500 000 albo i miliony osób, mogą dać światu obraz ewangelicznego braterstwa, które mu jest tak potrzebne? Biskup takiego zespołu, choćby miał najlepsze chęci, musi przede wszystkim być administratorem; nie ma czasu na rozmowy ze swoimi księżmi, na poznanie ich, na dłuższe zastanowienie się nad ich problemami, na skuteczne podtrzymywanie ich przy pełnieniu urzędu. Czy może naprawdę znać swoją diecezję? Musi przekazać część swoich zadań pomocnikom, którym ufa i którzy za niego wykonują większość funkcji biskupich. Czy nie lepiej byłoby zakładać diecezje na miarę ludzką, skoro to odpowiada dzisiejszemu społeczeństwu, które jednocześnie więcej wymaga i pragnie osobistego kontaktu? Akcja katolicka stara się przestawić na nowe techniki, ale i Kościół sam składa zapotrzebowanie na "równoległe ruchy" w społeczeństwie bardziej zróżnicowanym, gdzie świeccy zazdrośniej strzegą swojej samodzielności. s.235-236

Sobór wskazuje, jaką drogę należy wybrać. Żąda od duchownych, żeby przestali uważać się za panów Kościoła, a jeszcze bardziej, żeby przestali się z nim identyfikować, lecz by po bratersku współpracowali ze świeckimi. Niech ich nie traktują jak dzieci, niech przyznają im prawo głosu, choćby ich wystąpienia były niewłaściwie sformułowane albo kontestatorskie. "Najpierw trzeba zmienić mentalność". Bo nie warto tworzyć rad diecezjalnych czy parafialnych, jeżeli co chwila narzuca się im własny punkt widzenia, albo - co wymaga większej zręczności - doprowadza się grono niezbyt doświadczonych ludzi do powzięcia z góry przygotowanej decyzji. Postawa tym łatwiejsza, że można argumentować zyskiwaniem na czasie, albo niedostateczną kompetencją uczestników w sprawach duszpasterstwa czy teologii. Ale o to właśnie chodzi, żeby ułatwić im zdobycie takich kompetencji, tak by mogli dobrze wywiązywać się z przydzielonych funkcji. s.251

Trzeba jednak świeckich traktować na serio: "powinni brać udział w decyzjach, nie tylko w poprzedzających je dyskusjach". Może na tym polega główna słabość współczesnego Kościoła, a także przyczyna zniechęcenia wielu świeckich? Wysłuchuje się ich z szacunkiem - to też niemało znaczy - a potem mówi się im "do widzenia". Po cóż by wobec tego mieli uczestniczyć w naszych naradach? Czy można tak traktować ludzi dorosłych, czy w ten sposób przyznaje się im pełnoprawne miejsce w łonie Ludu? Nawet po Soborze rządy kościelne pozostały dziwnie klerykalne. Duchowni konsultują się z laikatem, ale ostatecznie decydują sami. I to na wszystkich szczeblach. A przecież takiego postępowania nic nie usprawiedliwia - ani Pismo, ani Tradycja. Oczywiście, Chrystus przekazał władzę Dwunastu i ich następcom, ale Pismo nie wyjaśnia szczegółowo, w jaki sposób ta władza ma być sprawowana. Przeciwnie, wiemy z historii, że zapożyczała swoje środki wyrazu od społeczeństw, wśród których żyła. W Średniowieczu Kościół był raczej feudalny, później - bardziej monarchiczny i scentralizowany. Dlaczegóż by dziś nie miał przybrać aspektu bardziej demokratycznego? Czy to nie dziwne, że zwolennicy władzy absolutnej zapomnieli, jaki był Kościół pierwotny? Nawet nie widzą, że wciąż powołują się na epokę w życiu Kościoła nie najwspanialszą, która odpowiadała powstawaniu monarchii i królewskiego absolutyzmu. s.252

Wydaje się nam więc, że ograniczenie roli laikatu do stanowiska doradczego na każdym zebraniu, dotyczącym dobra Kościoła, jest antysoborowe, antykościelne, i w końcu antyewangeliczne. Laikat powinien uczestniczyć w decyzjach, czy chodzi o plany duszpasterskie dla miast i szkół, czy o budowę kościołów, czy o nominacje pasterzy. Podobnie, jeśli chodzi o nowy status kapłana, o nowe oblicze parafii, diecezji, różnych grup apostolskich albo związanych z akcją charytatywną. Oczywiście, episkopat musi pozostać czynnikiem jednoczącym, chroniący przed rozproszeniem i anarchią; winien mieć ostatnie słowo, przynajmniej w sprawach najważniejszych. On jest przecież głównym ośrodkiem odpowiedzialności. Ale wszystkie porównania są zawodne; jeżeli mówimy "główny", nie znaczy to "jedynie odpowiedzialny", ani wyłączne źródło zapadających decyzji. Decyzje też okażą się lepsze i lepiej wyrażą myśl Kościoła, jeżeli zostaną powzięte kolegialnie. s.253

"W rezultacie obecne parafie przestały odpowiadać głębokim potrzebom swoich wiernych". nie znaczy to, że nie mają racji bytu, ale nie mogą zadowolić wiernych, "zrobić dosyć" w etymologicznym sensie tego wyrażenia. Odpowiadają bowiem minionej erze, chrześcijańskiej i wiejskiej. Nie wmawiajmy sobie, że parafia jest rzeczywistością rzędu nadprzyrodzonego, i z tego tytułu wychodzi poza ramy socjologii. To dwuznaczne sformułowanie. Pomija fakt, że parafianie są także ludźmi swego czasu. Mówi o tym historia. W miarę wzrastania liczby chrześcijan lub rozrastanie się Kościoła lokalnego w sensie geograficznym - wieś długo jeszcze była pogańska - biskup nie mógł dać sobie rady ze wszystkimi obowiązkami; stąd podział diecezji na parafie. s.286

W tych warunkach "koniecznością staje się stwarzanie małych grup". Rozumiemy przez to "braterskie zespoły, organiczne i trwałe, złożone z osób, które wprowadzają w życie wzajemną odpowiedzialność za siebie i dzielenie się tym, czym posiadają, w celu łączenia ludzi w jedności". Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie mówimy, że wszyscy ochrzczeni mają się łączyć w małe zgrupowania; zdaje się nam tylko, że przyszłość Ludu w znacznym stopniu zależy od tych drobnych wspólnot. Pojawiają się one zresztą wszędzie, bo są potrzebą Kościoła i świata. Czasem wyrastają na podłożu zbliżenia sąsiedztwa, jak wspólnoty dzielnicowe czy blokowe; kiedy indziej łączy wykonywany zawód i związana z nim odpowiedzialność. czasem poczucie, że się odpowiada za los ubogich, doprowadza do zbliżenia chrześcijan, którzy przed tym nic o sobie nie wiedzieli. Albo dążenie do stworzenia ewangelicznej i braterskiej atmosfery, chroniącej przed anonimowością miasta i parafii. Może być jeszcze wiele innych przyczyn. Profile grup bywają zresztą bardzo różnorodne: w jednej pierwsze miejsce zajmuje stopień zaangażowania, w drugiej życie osobiste i wspólnotowe. Jedna wspólnota ma w sobie więcej oporów i żyje niejako na marginesie; inna jest bardziej upolityczniona; inna znowu bliżej współpracuje z parafią. Rozmaitość formuł nie ma większego znaczenia, tym bardziej, że większość grup powstaje samorzutnie, łącząc osoby, które się nawzajem wybrały. Najważniejsze to, żeby takie wspólnoty istniały, szerzyły się, żeby ich życie wspólnotowe było jak najintensywniejsze. Wydaje nam się, że to do nich właśnie należy nadanie właściwego kształtu Kościołowi jutra. s.288

Zrozumiałe więc, że podstawowe wspólnoty powinny korzystać ze szczególnych przywilejów. Bo nie może być mowy o stwarzaniu ich od góry, w taki sposób, jak proboszcz dzieli swoją parafię na poszczególne odcinki, a biskup swoją diecezję na strefy. To są zarządzenia administracyjne, właściwe dla danego szczebla, ale stanowczo sprzeczne z samą naturą małych grup. Jedność powstaje w nich raczej swobodnie i samorzutnie, na podstawie wiary i religijnego doświadczenia raczej, niż jako posłuszeństwo określonym zaleceniom. s.289

A. Luneau, M. Bobichon: Kościół ludem Bożym. Od owczarni do ludu Przymierza. Warszawa 1980.